„Faworytem jest Bayern!”

Jakub Błaszczykowski w obszernym wywiadzie dla tygodnika PiłkaNożna przyznał, że faworyt finału jest znany. – Zdecydowanie Bayern! – zaznacza Kuba. – Papierowi faworyci jednak nie zawsze wygrywają – dodaje polski skrzydłowy, który rozgrywa najlepszy sezon w karierze.

PN: Ma pan poczucie, że rozgrywa najlepszy sezon w karierze?

Jakub Błaszczykowski: Jeśli weźmiemy pod uwagę indywidualne osiągnięcia, 11 goli w Bundeslidze i 12 asyst, to wyjdzie, że zdecydowanie najbogatszy ze wszystkich, które tu rozegrałem – wylicza Błaszczykowski. – Na ocenę wpływają jednak również inne czynniki, nie tylko statystyczne. Przecież o awansie do finału Ligi Mistrzów marzy i śni większość piłkarzy z czołowych klubów Europy. Tymczasem dla mnie, Łukasza Piszczka i Roberta Lewandowskiego to już nie jest sen, to dzieje się w realu. A to najlepszy dowód, że wykonaliśmy w Borussii w kończącym się sezonie znakomitą pracę.

To prawda, ale pod warunkiem że przy ogólnej ocenie nie będziemy uwzględniali dwumeczu z Malagą, a zwłaszcza rewanżu w Dortmundzie.

– Absolutnie nie zgadzam się na pominięcie tej rywalizacji! Bo właśnie w starciu z Malagą pokazaliśmy największy charakter i jakość. Jeśli zespołowi gra zupełnie się nie układa, i jeszcze w 90 minucie przegrywa 1:2, ale jest w stanie się podnieść i wygrać w doliczonym czasie 3:2, to co to jest, jeśli właśnie nie wielka klasa? To, czego wówczas dokonaliśmy, to było coś naprawdę wielkiego, czego nigdy nie zapomnimy. A przecież wcześniej wyszliśmy w znakomitym stylu z bardzo trudnej grupy, a w 1/8 finału musieliśmy zmierzyć się z Szachtarem Donieck, który także był uważany za rewelację Ligi Mistrzów. Droga Borussii do finału była bardzo trudna, nikt niczego nie podarował nam za darmo.

Bayern jest jeszcze silniejszy, skoro do finału LM awansował w bardziej efektowny sposób i bez trudu wygrał także Bundesligę oraz zdominował Puchar Niemiec?

– Nie wiem, czy tak można stawiać sprawę. Pewnie, wydaje się, że Bawarczycy mają szerszą kadrę, co ich trener skrupulatnie wykorzystywał, stosując częste rotacje w składzie, ale chyba nie to miało decydujące znaczenie. Bayern rozegrał po prostu fantastyczny sezon w Bundeslidze, bo to nieprawda, że my mieliśmy słaby. Rozmawiamy przed spotkaniem z Hoffenheim, po którym – jeśli wygramy – Borussia będzie miała na koncie 69 punktów (ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 1:2 – przyp. red.). Tymczasem w pierwszym mistrzowskim sezonie uzbieraliśmy 74 oczka, a więc naprawdę niewiele więcej. Dlatego uważam, że my utrzymaliśmy poziom, czego dowodem jest bardzo pewne wywalczenie tytułu wicemistrza, a monachijczycy po prostu poszli jeszcze do przodu. Tyle że naprawdę fantastyczna dyspozycja Bayernu nie była widoczna w starciach z Dortmundem. Wszystkie mecze, które rozgrywaliśmy w tym sezonie, były przecież bardzo wyrównane.

Naprawdę nie uważa pan, że kołderka w Borussii jest odrobinę za krótka? Przecież kiedy koncentrowaliście się na Bundeslidze, to wygrywaliście ją w cuglach przez dwa sezony, ale odpuszczaliście wówczas zupełnie najpierw Ligę Europy, a później Ligę Mistrzów.

– Nie wydaje mi się, żeby odpowiedź była tak prosta. Drużyna musiała dojrzeć do gry w Champions League, w poprzednim sezonie jakości z Bundesligi jeszcze nie potrafiliśmy przenieść do rozgrywek w Europie. Jak każdy, musieliśmy zapłacić frycowe. Teraz już po prostu dorośliśmy do międzynarodowych wyzwań. Sezon był długi i wyczerpujący, ale najpiękniejsze jest, że najważniejszy mecz czeka Borussię na koniec – 25 maja na Wembley. Już napisaliśmy piękną historię, do której mamy szansę dodać coś jeszcze większego. Czego można chcieć więcej?!

Przeszedł pan do porządku dziennego nad ofertami takich firm jak Juventus Turyn i Manchester City?

– Nie chciałbym rozwodzić się nad propozycjami i dawać pożywkę do spekulacji. Proszę mnie zrozumieć – nie taka jest moja rola, ja jestem od grania. Nikt jednak nie powinien się dziwić, że wielkie kluby mają apetyt na zatrudnienie mnie i innych zawodników Borussii, bo tak naprawdę dopiero w tym sezonie objawiliśmy się Europie. Nie byliśmy uznawani za faworyta Ligi Mistrzów, tylko okazaliśmy się czarnym koniem rozgrywek. Stąd takie zainteresowanie zawodnikami BVB.

Pan jednak zdecydował się przedłużyć umowę w Dortmundzie aż do 2018 roku, co…

…chwileczkę, jeszcze niczego nie przedłużyłem, nie podpisałem nowego kontraktu z Borussią. Wszystko wskazuje, że tak właśnie się stanie, BVB od początku miało u mnie pierwszeństwo, ale na takie kroki jest pora i miejsce. Musicie wytrzymać ciśnienie, wydaje mi się, że polskie media są trochę za bardzo nerwowe i za szybko przesądzają wydarzenia, które dopiero mają nastąpić.

We Włoszech, a zwłaszcza w Anglii mógłby pan lepiej zarobić, zresztą ogólnie piłkarze finansowo najlepiej wychodzą na przeprowadzkach.

– Może i tak, ale nie dla wszystkich pieniądze są najważniejsze. Zresztą nie oszukujmy się – i tak zarabiamy pieniądze, które pozwalają na spokojne planowanie przyszłości także po zakończeniu kariery. Więc naprawdę, przynajmniej dla mnie, nie stanowią największej motywacji. Dobrze czuję się w Borussii, moja rodzina chwali sobie życie w Dortmundzie, jesteśmy tu już sześć lat, więc mieliśmy prawo poczuć się jak w domu. Cenię sobie fakt, że w BVB jest dobra i perspektywiczna drużyna, która w kolejnym sezonie będzie pisać nową historię w Lidze Mistrzów, bardzo dobry trener, 80 tysięcy wiernych kibiców. Naprawdę nie widzę powodu, aby szukać szczęścia gdzie indziej, skoro już je znalazłem.

Jest pan pewien, że po letnim okienku transferowym Borussia będzie taka sama? Odszedł już Mario Goetze, poważne oferty mają Lewandowski i Mats Hummels, kilku innych graczy również. Może trzeba będzie budować zupełnie nową drużynę?

– Odejścia i przyjścia zawodników są naturalnymi wydarzeniami w klubach, tyle że nie zawsze piłkarze bywają zadowoleni po zmianie pracodawców, bo u nowych nie mają już tak dobrej pozycji. Dlatego myślę, że każdy w Dortmundzie zastanowi się dwa razy, czy warto ryzykować. Tym bardziej że gra w Borussii daje satysfakcję i sprawia przyjemność, a na pieniądze też nikt nie ma prawa narzekać. Dziś BVB to na tyle atrakcyjne miejsce pracy, że na pewno więcej piłkarzy chce do nas przyjść, niż stąd odejść. Zatem ze znalezieniem ewentualnych następców nasz dyrektor sportowy nie będzie miał najmniejszych problemów. Dlatego nie sądzę, abym w nowym sezonie czuł się na Signal Iduna Park gorzej niż w obecnym.

Niektórzy, a mam na myśli kapitana Sebastiana Kehla, twierdzą, że czuje się pan nawet za dobrze, bo już zaczyna rządzić w szatni. To tylko żart starszego kolegi?

– Dłuższym stażem w zespole mogą pochwalić się jedynie Sebastian i Roman Weidenfeller, więc nie doszukiwałbym się sensacji w stwierdzeniu, że mam coś do powiedzenia w szatni. Mam już 27 lat i pokaźny bagaż doświadczeń na karku, który uprawnia mnie do udzielania wskazówek młodszym kolegom. To naturalna kolej rzeczy.

Jest pan w Borussii sześć lat i zamierza spędzić w niej kolejne pięć, czyli cały najpiękniejszy okres w karierze poświęcić BVB…

– Na to rzeczywiście się zanosi, że wszystkie najlepsze lata oddam Borussii, ale czy to dobrze, czy źle – będziemy mogli ocenić dopiero z perspektywy czasu. Dziś wydaje mi się, że to najlepsza decyzja z możliwych, a dotąd byłem zadowolony ze wszystkich wyborów, jakich dokonywałem. Proszę zresztą nie zapominać, że pięć lat to szmat czasu, więc życie może napisać różne scenariusze. Nowy kontrakt nie wyklucza możliwości transferu.

To prawda, tylko że skoro już teraz Juve i City oferowały podobno po 15 milionów euro za pańską kartę i nie były to dla BVB satysfakcjonujące propozycje, to po przedłużeniu kontraktu suma odstępnego zapewne jeszcze wzrośnie.

– Mam tego świadomość.

Na jakim zatem poziomie będzie miał pan wpisaną klauzulę odejścia w nowym kontrakcie?

– Powtórzę, że nie jest moją rolą informowanie o takich aspektach umowy, a poza tym nie sądzę, aby wszystkie szczegóły były do końca dograne. Wszystko jest na dobrej drodze, ale przypomnę, że nowego kontraktu jeszcze nie podpisałem. Zresztą w ogóle się tym nie zajmuję, nie ma to dla mnie wielkiego znaczenia. Z prostego powodu – nie myślę o pieniądzach, tylko o trofeach. Po zakończeniu kariery dobrzy piłkarze nie patrzą na stan konta, tylko na wagę sukcesów, które udało się odnieść. Mam już w dorobku dwa tytuły mistrza Niemiec, Puchar Niemiec, wicemistrzostwo kraju, szansę na Puchar Ligi Mistrzów. Chciałbym to wszystko co najmniej powtórzyć, a gra w Dortmundzie daje nadzieję na kolejne sukcesy. I to jest dla mnie najważniejsze.

Kto jest faworytem finału Ligi Mistrzów?

– Bayern! I to zdecydowanym. Jeśli ktoś w półfinale ogrywa Barcelonę 4:0 i 3:0, to na papierze musi być pewniakiem do końcowego triumfu.

Mówi pan tak z czystej kurtuazji?

– Wcale nie, proszę mi tylko dać dokończyć. Papierowi faworyci nie zawsze wygrywają, a dodatkowo Bayern nie ma szczęścia do finałów Champions League. W poprzednich trzech latach dwukrotnie dotarł do decydującej rozgrywki i dwukrotnie przegrał. Oby ta tendencja została podtrzymana.

A nie sądzi pan, że Borussia ma mimo wszystko łatwiejsze zadanie? Nie tylko w Niemczech eksperci mówią, że BVB może wygrać, natomiast Bayern musi, więc na Bawarczykach będzie ciążyć większa presja.

– Nie ma większego znaczenia, co i kto mówi przed finałem na Wembley. Wszystko będzie zależało od tego, jak mecz się ułoży, jak oba zespoły wejdą w to spotkanie. Chyba nie muszę nikogo przekonywać, że polecimy do Anglii po to, żeby wygrać, że naszym celem jest pomieszanie szyków faworytowi. A wszystkie inne słowa, których zapewne do soboty padnie sporo, to będą wyłącznie spekulacje.

Znacie się z Bundesligi i rozgrywek o DFB Pokal jak łyse konie z Bawarczykami. Sądzi pan, że możliwe jest wymyślenie elementu zaskoczenia przez któregoś ze szkoleniowców?

– Mamy za sobą rzeczywiście kilka naprawdę ważnych spotkań w zbliżonych składach, trudno więc będzie zaskoczyć się nawzajem. Wiemy, jak gra Bayern, oni mają świadomość, czego spodziewać się po Borussii. Na Wembley każdy zagra po prostu swoje, a o końcowym wyniku zadecyduje dyspozycja dnia. No, może drobny błąd po jednej ze stron, a niewykluczone, że jeden stały fragment.

Wewnątrzniemiecki finał Ligi Mistrzów to dowód, że Bundesliga jest dziś najlepszą ekstraklasą w Europie?

– Aż tak bardzo nie akcentowałbym tego faktu, skoro takie zdarzenie ma miejsce dopiero po raz pierwszy. Pewnie, Bundesliga idzie do przodu, rozwija się harmonijnie, bo w Niemczech kluby budowane są w oparciu o zdrowe finanse. Jeśli popatrzymy, że do Bayernu przychodzi trener Pep Guardiola i na transfery bawarskiego zespołu, to nikt nie może mieć wątpliwości, że w ostatnich latach marka tutejszej ligi znacznie wzrosła. Tyle że wielkie kluby w innych krajach też na pewno się nie zdrzemną, więc może z tak daleko idącymi ocenami wstrzymajmy się jeszcze chociaż rok.

Przyzna pan jednak, że liga hiszpańska została w tyle, skoro Real i Barca poległy z przedstawicielami Bundesligi w półfinale? Nie ma w tym żadnego przypadku.

– Przypadku rzeczywiście nie ma, skoro Real dwukrotnie w tej edycji musiał uznać wyższość Borussii, która zresztą w fazie grupowej była wyraźniejsza niż w półfinale. Akurat w tym sezonie byliśmy lepsi od Królewskich, podobnie jak Bundesliga okazała się lepsza od Primera Division. Przestrzegam jednak przed lekceważeniem Barcy i Realu, bo to wciąż są wielkie kluby, ze ścisłej światowej czołówki.

Porażka z Ukrainą w kwalifikacjach mistrzostw świata nadal zalega panu na psychice?

– Każdy z kadrowiczów, i to nie tylko tych z Borussii, ma nadal gdzieś z tyłu głowy ten nieszczęsny mecz z Ukrainą, który nam ewidentnie nie wyszedł, ale nie za bardzo chciałbym do tego wracać. Teraz przed reprezentacją jest mecz z Mołdawią, nadal mamy szansę awansu na mundial, na dodatek wciąż jesteśmy w grze i nie musimy oglądać się na przeciwników.

To proszę tylko powiedzieć, o jakie wnioski jest pan bogatszy po bolesnej marcowej porażce na Stadionie Narodowym?

– Proszę darować, ale nawet w ten sposób nie chcę grzebać w trupach. Na ten temat powiedziano już chyba wszystko, więc teraz lepiej koncentrować się wyłącznie na przyszłości. Po raz pierwszy w historii zdarza się, że trzech Polaków wystąpi w finale Ligi Mistrzów, jeśli oczywiście zdrowie dopisze i trener wystawi nas w komplecie na Wembley, i to może być wspaniała reklama naszego futbolu. A nawet bodziec, który może bardzo pozytywnie zadziałać potem na reprezentację.

Tak mocny, że bez obaw polecicie do Kiszyniowa na rewanż z Mołdawią w kwalifikacjach mundialu?

– Kelnerów już od dawna nie ma w europejskim futbolu, więc jeśli ktoś spodziewa się w czerwcu łatwego spotkania o punkty, jest w błędzie. Jeśli nie włożymy w mecz z Mołdawią pełni umiejętności i maksimum zaangażowania, będziemy mogli jedynie pomarzyć o korzystnym wyniku. Musimy się sprężyć, i na pewno to zrobimy, zdajemy sobie przecież doskonale sprawę, ile kłopotu ten rywal sprawił nam we Wrocławiu i jak mocno dał się we znaki Ukraińcom oraz Czarnogórcom. Trzeba się przygotować na ciężką przeprawę, bo wtedy łatwiej jest zrealizować cel. A nasz cel na Kiszyniów jest jasny – chcemy przywieźć z Mołdawii komplet punktów.

Jako kapitan jest pan zdziwiony rezygnacją Ludovica Obraniaka z gry w reprezentacji?

– Ludo mnie zadziwił i zaskoczył, nie będę ukrywał. Przynajmniej z jednej strony. Bo ta druga jest taka, czego mieliśmy świadomość, że nie był przygotowany na funkcjonowanie w polskiej rzeczywistości, która jest zupełnie inna od francuskiej. Z pewnością bardziej drapieżna i nie każdy jest w niej w stanie się odnaleźć.

Będzie panu brakować Obraniaka w kadrze na Mołdawię?

– Wystarczy popatrzeć na mecze, w których wystąpił, aby wyciągnąć wnioski dotyczące jego osoby. Nie zagrał tylko z Ukrainą, i później z San Marino. Za to wcześniej – gdy grał z nami na boisku od pierwszych minut – wyniki były lepsze. Dlatego nie waham się powiedzieć, że był bardzo ważnym ogniwem drużyny narodowej, zawodnikiem o wysokich umiejętnościach, którego teraz będzie w zespole brakować.

Podobno jednak nie zrezygnował na zawsze z kadry, tylko na czas trwania kadencji selekcjonerskiej Waldemara Fornalika. Jak pan to sobie tłumaczy?

– W ogóle nie staram się tłumaczyć, tylko uszanować tę decyzję, bo w zaistniałej sytuacji to najlepsze, co możemy zrobić. Mam nadzieję, że Ludo nie uczynił niczego pochopnie, że starannie przemyślał kroki, które podjął, i nigdy ich nie będzie żałował.

Aż tak bardzo źle układały się stosunki Obraniaka z Fornalikiem, że ktoś musiał powiedzieć: pas? Nie było szans na kompromis?

– O to trzeba zapytać Ludo i selekcjonera, przyznam jednak uczciwie, że wcześniej niczego złego w ich relacjach nie dostrzegłem. I właśnie dlatego jestem zdziwiony tą deklaracją. Mogę powiedzieć, że po finałach Euro 2012 różne myśli chodziły mi po głowie, zwłaszcza wówczas, gdy po wypowiedzi o biletach na moją głowę posypały się gromy, ale nigdy nawet nie pomyślałem, choćby przez ułamek sekundy, że mógłbym zrezygnować z gry w reprezentacji Polski. Nie uważam jednak, abym z tego powodu był uprawniony do oceny postępowania kolegi. Tak naprawdę nie siedzimy w niczyjej głowie i do końca nie wiemy, co powodowało drugim człowiekiem. Wyciągać krytyczne wnioski na czyjś temat jest bardzo łatwo, tylko trzeba przy tym pamiętać, że można tę drugą osobę skrzywdzić.

Pan potrafił jednak wyjść dowcipnie ze wspomnianej sytuacji z biletami po Euro 2012. W programie Kuby Wojewódzkiego powiedział pan, że jest najlepiej rozpoznawalnym kanarem w RP.

– OK, ale ja to ja, a Ludo to Ludo. No a po drugie przekonałem się, jak boli nieuzasadniona krytyka, kiedy krytykujący nie rozumieją, o co ci chodziło, jakieś słowa zostały przekręcone, a jeszcze sporo do wypowiedzi dorobione. Taki już jestem, że nie zaakceptuję sytuacji, w której ktoś mnie oszukuje. I nie potrzebuję do tego żadnych wcześniejszych deklaracji na piśmie, papierów czy innych formalności. Bo dane słowo jest dla mnie najważniejsze.

Tylko idę o zakład, że gdyby można było cofnąć czas, to po meczu z Czechami darowałby pan sobie tę historię o biletach, które mieliście dostać dla najbliższych, ale nie dostaliście od ówczesnego szefa PZPN.

– Cóż, z perspektywy czasu też wydaje mi się, że od razu po spotkaniu zachowałbym tę historię dla siebie, a ze szczegółami i bez emocji opowiedziałbym w bardziej stosownych okolicznościach. Zresztą niektóre wątki sprawy do dziś nie zostały wyjaśnione i przyjdzie jeszcze czas, że do tego wrócę.

Wierzy pan jeszcze w awans Biało-Czerwonych na mundial w Brazylii?

– Oczywiście, i mówię to z głębokim przekonaniem. W moim życiu wydarzyło się tyle, że gdybym był pozbawiony wiary, to pewnie dziś znajdowałbym się w zupełnie innym miejscu. W drużynie tkwi na tyle duży potencjał, że wszystko w końcu powinno zatrybić. I to wcale nie po jakimś jednym spektakularnym meczu, bo budowa drużyny to znacznie dłuższy proces. Dlatego tak jak przestrzegałem, żeby nie popadać w hurraoptymizm po 1:1 z Anglią, gdy niektórzy już ogłaszali narodziny wielkiej drużyny, teraz apeluję, żeby po wpadce z Ukrainą, czyli też po jednym, tyle że nieudanym, spotkaniu przedwcześnie nas nie przekreślać. Ten zespół naprawdę stać na awans na mundial.

Złośliwi twierdzą jednak, że atmosfera w drużynie nie jest najlepsza, bo w zespole jest podział na osi Błaszczykowski – Lewandowski.

– To ja złośliwym odpowiem kilkoma pytaniami. Po pierwsze – czy ze wszystkimi w swojej pracy chodzą na kawę po godzinach i czy to przeszkadza, aby wspólnie realizować cele nakreślane przez szefa? A jakby tego było mało, to dedykuję im bramki, które strzelałem po podaniach Roberta i gole zdobywane przez Lewego po moich asystach. I nasze wspólne obustronne gratulacje. I więcej nad tym tematem nie będę się rozwodził, zresztą zauważyłem, że Robert poszedł jeszcze dalej, bo w ogóle nie komentuje takich spostrzeżeń. Atmosfera i stosunki w drużynie są takie, jakie powinny być, tylko nie zapominajmy o jednym, ale najważniejszym – klimat najlepiej budują wyniki. Gdybyśmy wygrali z Anglią oraz Ukrainą i zajmowali teraz pierwsze miejsce w grupie, nikt nie zastanawiałby się, czy Błaszczykowski z Lewandowskim chodzą po treningu razem na kawę, czy każdy pije ją osobno, albo we własnym gronie. Bo to temat zastępczy.

Źródło: Piłkanożna

Pozostałe

Nowe otwarcie

Już 24. sierpnia o godz 18:00 Wisła Kraków rozpocznie walkę o Mistrzos...

24/08/2020

Egzamin dojrzałości

7. czerwca na stadionie im. Henryka Reymana Wisła Kraków podejmie druż...

06/06/2020

Początek zwycięskiej passy

8. marca o godzinie 15:00 na stadionie im. Henryka Reymana tutejsza Wi...

08/03/2020

Inauguracja rundy rewanżowej

8. lutego pierwszy mecz w rundzie wiosennej PKO Ekstraklasy w sezonie ...

08/02/2020

Grudzień miesiącem nadziei

Grudzień może okazać się przełomowym miesiącem dla podopiecznych trene...

31/12/2019

Zagraliśmy z Kubą po raz 4!

28. grudnia w hali sportowej w Częstochowie odbyła się 4. edycja impre...

30/12/2019

XIII Kuba Cup rozstrzygnięty!

20. grudnia w rodzinnej miejscowości Jakuba Błaszczykowskiego odbył si...

22/12/2019

Świąteczne Granie z Kubą 2019

28. grudnia w hali sportowej Częstochowa odbędzie się 4. edycja imprez...

16/12/2019

Bramka Kuby Błaszczykowskiego

     Na ten dzień długo czekali kibice krakowskiej Wisły, Kuba Błaszcz...

26/11/2019

Wyczekiwany powrót Kuby

9. listopada na stadionie im. Henryka Reymana w Krakowie rozegrano mec...

13/11/2019

Projekt i wykonanie Kreowanie wizerunku sportowców Aplikacje mobilne