Trzeba wstać i walczyć dalej
Kilka dni temu Kuba Błaszczykowski udzielił obszernego wywiadu dziennikowi „Ruhr Nachrichten”. Opowiedział o sukcesach w poprzednim sezonie, nowym kontrakcie z BVB, osobowości Jamesa Bonda i nieudanym EURO 2012. – Przegraliśmy ten turniej jako zespół, każdy powinien uderzyć się w pierś – podkreślił.
– Tuż przed EURO 2012 pojawił się Pan na reklamach perfum. Patrząc na te zdjęcia nietrudno Pana pomylić z Jamesem Bondem…
– Tak, słyszałem to już od kilku osób (śmiech).
– Daniel Craig nieco wzbogacił charakter tej postaci. To teraz dynamiczny, silny, stanowczy, a czasami nawet uparty mężczyzna. Wiele z tych cech pasuje nam do Pana.
– Można się zgodzić, że na boisku jestem szybki, silny i dynamiczny. Nie znam jednak aż tak dobrze filmów z tym aktorem i trudno mi ocenić, czy tych wspólnych cech mamy jeszcze więcej. Często słyszę, że jesteśmy też trochę podobni wizualnie… Ale nie ma to dla mnie wielkiego znaczenia.
– Trudno ukryć, że po eksplozji świetnej formy w poprzednim sezonie Pana popularność gwałtownie wzrosła – i to zarówno w Dortmundzie, jak i w ojczyźnie. Jak Pan to odbiera?
– Nie stało się nic szczególnego. Siedząc na ławce rezerwowych wiedziałem, że muszę codziennie ciężko pracować i cierpliwie czekać na swoją szansę. Gdy taka szansa nadeszła, zrobiłem po prostu wszystko, żeby ją wykorzystać. Dostałem od losu okazję, by pokazać, że jestem silny i mogę pomóc drużynie w realizacji najważniejszych celów. Faktem jest, że miniony sezon był dla mnie naprawdę bardzo, bardzo udany.
– Szansa nadeszła w momencie, gdy poważna kontuzja wykluczyła z gry Mario Götze. Pojawiły się wówczas myśli: „to jest mój czas”?
– Nie zapominajmy, że kilka miesięcy wcześniej było dokładnie odwrotnie – ja złapałem kontuzję i wtedy to Mario wskoczył za mnie do pierwszego składu. W takiej drużynie, jak Borussia Dortmund, ostra rywalizacja i silna ławka rezerwowych to coś całkowicie naturalnego. Właśnie dzięki temu, mimo problemów z kontuzjami zawodników z podstawowego składu, gra całej drużyny ani na moment nie straciła na jakości. Widać to było szczególnie w rundzie wiosennej, która była w naszym wykonaniu naprawdę znakomita.
– Jesienią 2011 roku nie mógł Pan być zadowolony ze swojej sytuacji w drużynie. Chodziły wtedy po głowie wątpliwości, czy przedłużanie umowy z BVB ma sens?
– Nie. Ani przez moment nie pomyślałem o kontrakcie – moim jedynym celem był wtedy powrót do pierwszego składu. I udało się.
– Po kontuzji Götze nie ma już śladu, Mario wrócił do pełni sil. Można się jednak spodziewać, że tak łatwo nie odda mu Pan swojego miejsca w wyjściowej jedenastce.
– To chyba normalne… Trzeba jednak zwrócić uwagę, że czeka nas w nowym sezonie bardzo wiele spotkań na różnych szczeblach. Na pewno każdy dostanie swoją szansę. Wtedy będzie trzeba robić wszystko, by wykorzystać ją w stu procentach.
– Czuję się Pan lepszym piłkarzem niż Mario Götze?
– W tym momencie sprawa jest całkowicie otwarta, wszyscy zaczynamy z czystym kontem. Ważne będzie tylko to, kto lepiej zaprezentuje się na boisku w meczach o punkty. Najlepszymi argumentami zawsze są dobre występy, praca dla drużyny i strzelone bramki.
– Nie oglądając się na konkurencję w drużynie przedłużył Pan umowę z Borussią do 2012 roku. Skąd taka decyzja?
– Spędziłem w Dortmundzie pięć świetnych lat, a moja rodzina czuje się tutaj znakomicie – dla mnie to niezwykle ważne argumenty. Najistotniejszy był jednak fakt, że wspólnie z Borussią wspinałem się na wszystkie najważniejsze szczeble kariery. Gdy tutaj trafiłem, byliśmy w dolnej części tabeli, teraz drugi raz z rzędu sięgamy po mistrzostwo, zdobywamy Puchar Niemiec, gramy w Lidze Mistrzów… Dodatkowo mamy setki tysięcy niesamowitych fanów. Jakie inne europejskie kluby mogą zaoferować równie wiele?
– Kilka tygodni temu interesowały się Panem naprawdę wielkie piłkarskie firmy, takie jak m.in. Liverpool i Lazio Rzym. Doszło do konkretnych rozmów?
– Ja z nikim nie rozmawiałem. Podkreślam jednak, że temat przynależności klubowej jest dla mnie zamknięty. Przedłużyłem umowę z Borussią i to było to, na czym mi od początku najbardziej zależało.
– Ale przyzna Pan, że zainteresowanie tak znanych klubów musiało Panu pochlebiać.
– Oczywiście, że tak. To wynik ciężkiej pracy, jaką włożyłem w swoją grę w trakcie poprzedniego sezonu. Wygląda na to, że przedstawiciele tych klubów obserwowali mnie w rundzie wiosennej i potrafili to docenić.
– Przed Panem już szósty sezon w barwach BVB. Przychodząc do Dortmundu w sierpniu 2007 roku sądził Pan, że ta przygoda może potrwać aż tak długo?
– Nie, absolutnie nie myślałem, że tak będzie. Wtedy wszystko było dla mnie nowe, zupełnie nie widziałem, co mnie czeka. A teraz? Gdy w czerwcu 2016 roku wygaśnie moja obecna umowa, będę tutaj prawie dziesięć lat…
– Łukasz Piszczek powiedział niedawno, że BVB to dla niego idealny klub.
– Jak wspomniałem wcześniej, nie ma na świecie wielu klubów mocniejszych od Borussii Dortmund. Myślę tutaj o zarówno o sprawach sportowych, organizacyjnych, jak i o niesamowitych fanach. Widać to było na przykład podczas niedawnego sparingu z St. Gallen, kiedy – mimo że graliśmy w Szwajcarii – na trybunach zasiadło mnóstwo kibiców w czarno-żółtych barwach. Czego można chcieć więcej?
– Wielu ludzi zadaje sobie pytanie, czy po trzech tytułach zdobytych w Niemczech w ciągu ostatnich dwóch lat nadal ma się silną motywację, by sięgnąć po coś jeszcze?
– Ja patrzę na to inaczej. Zawsze robię wszystko, by zrealizować tyle celów, ile tylko możliwe. Chcę walczyć, walczyć i jeszcze raz walczyć, bym na stare lata mógł z czystym sumieniem pokazać swoim dzieciom, co w piłce osiągnąłem. Taki już jestem, że zawsze chcę więcej i więcej. Kolejne tytuły dają mi szczęście – po to przecież trenujemy, po to codziennie wstajemy wcześnie rano i jedziemy na zajęcia. Właśnie sukcesy są naszym najmocniejszym paliwem.
– To Jürgen Klopp nauczył was tak wielkiej chciwości?
– Tak, jego wpływ na nas w tej sferze jest ogromny. Efekty naszej wspólnej pracy za każdym razem widać na boisku.
– Następny sezon znów będzie stał pod znakiem batalii Borussii Dortmund z Bayernem Monachium?
– Nie wiem, nie zastanawiam się nad tym. Naszym celem jest wygranie pierwszego meczu, potem drugiego, trzeciego i tak dalej. Nie ma sensu zbyt wielu rzeczy analizować przed sezonem – musimy po prostu dobrze grać. Mamy swój styl, który przyniósł nam triumfy przez ostatnie dwa lata. Zobaczymy, jaki efekt da nam na koniec nadchodzących rozgrywek.
– Trudno jednak ukryć, że z Pana perspektywy dużo gorzej niż sezon ligowy wypadły Mistrzostwa Europy. Po EURO 2012 doszło do zmiany trenera polskiej reprezentacji. Wiąże Pan ze współpracą z Waldemarem Fornalikiem duże nadzieje?
– Nowy trener nie stoi przed łatwym zadaniem – zostało mu bardzo mało czasu, aby wyselekcjonować i przygotować drużynę na rozpoczynające się we wrześniu eliminacje Mistrzostw Świata. Mam nadzieję, że jako zespół pomożemy trenerowi Fornalikowi i wspólnie stworzymy atmosferę, która poprowadzi nas do awansu, mimo że poprzeczka wisi naprawdę wysoko. Zawsze byłem zdania, że po każdym upadku najlepiej od razu wstać i walczyć dalej. Tylko dzięki zwycięstwom w kolejnych meczach będziemy mogli zapomnieć o nieudanym Euro.
– Przez wielu był Pan uznawany za prawą rękę Franciszka Smudy…
– Faktem jest, że miałem z trenerem bardzo dobry kontakt i na pewno było mi przykro, gdy kończył swoją pracę z kadrą. W tym, że musiał odejść, było także trochę mojej winy…
– Ale jak to? Przecież należał Pan do najlepszych zawodników polskiej drużyny w trakcie EURO 2012.
– To nie ma wielkiego znaczenia. Jesteśmy drużyną i jako zespół nie osiągnęliśmy celu, który wyznaczyliśmy sobie przed turniejem. Łatwo teraz wskazać palcem jedną osobę i przekonywać wszystkich, że to jest właśnie jedyny winny naszego niepowodzenia. Ja tak nie uważam – według mnie każdy powinien uderzyć się w pierś.
– Co spowodowało, że mimo łatwej grupy nie udało się wam awansować do ćwierćfinału?
– Już przed turniejem niejednokrotnie podkreślałem, że zadanie, przed którym stanęliśmy, wcale nie było takie proste. W naszej grupie były naprawdę dobre, doświadczone zespoły. Nam po prostu brakowało argumentów czysto piłkarskich. Ten turniej pokazał, w którym miejscu jesteśmy i na co nas tak naprawdę stać. Teraz pozostaje nam wyciągnąć wnioski i zastanowić się, jakie należy podjąć kroki, by następnym razem przygoda z mistrzostwami trwała zdecydowanie dłużej.
– A może presja, jaka ciążyła na reprezentacji, zwyczajnie was przerosła?
– Nie wydaje mi się. W Dortmundzie to ciśnienie jest jeszcze większe, a jednak potrafimy wznosić się na wyżyny swoich umiejętności. Możliwe, że w kadrze zabrakło nam pewności siebie – z nią gra się zdecydowanie łatwiej, nawet gdy oczekiwania są naprawdę duże.
Źródło: Ruhr Nachrichten










