Maj u Kuby: Pechowe zgrupowanie
Kontuzja mięśnia dwugłowego utrudniała przygotowania do Euro 2008, niestety Kuba przegrał walkę z czasem i musiał opuścić zgrupowanie.
Niemal sześć lat temu, podczas zgrupowania reprezentacji Polski w niemieckim Donaueschingen przed mistrzostwami Europy, 23-letni Jakub Błaszczykowski zmuszony był trenować indywidualnie. Kuba już wtedy postrzegany jako jeden z filarów naszej kadry zmagał się z kontuzją mięśnia dwugłowego. Słynący z woli walki i ambicji pomocnik ciężko pracował, aby być w stanie pomóc kolegom na boiskach w Austrii i Szwajcarii. – Wszystko jest na dobrej drodze, mogę powiedzieć tylko tyle, że jestem optymistą – przyznał Kuba na trzy tygodnie przed imprezą. Mimo pokaźnego opatrunku na nodze, Błaszczykowskiego ani na chwilę nie opuszczał dobry humor. Z treningu zawodnik Borussii Dortmund wracał uśmiechnięty od ucha do ucha, z zawrotną prędkością pędząc na rowerze górskim.
Optymistyczne rokowania niestety nie znalazły odzwierciedlenia w rzeczywistości, kilka dni później z Niemiec napłynęła szokująca informacja – Kuba nie jedzie na Euro. Jak wykazały badania, uraz jest na tyle poważny, że pomocnik reprezentacji Polski nie byłby w stanie zagrać w fazie grupowej, a więc w pierwszych trzech meczach. Zdaniem sztabu szkoleniowego piłkarz nie był w stanie w stu procentach pomóc zespołowi. To dramat polskiej drużyny, Błaszczykowski nie zagra na Euro – takie tytuły pojawiały się w polskiej prasie. W tej sytuacji sztab reprezentacji zwrócił się o zgodę do UEFA, na awaryjne powołanie do zespołu Łukasza Piszczka – wówczas piłkarza Herthy Berlin.
Decyzja o odesłaniu Błaszczykowskiego wywołała sporą burzę medialną, lecz całą sytuację już na spokojnie skomentował sam Kuba. – Nie pokłóciłem się z trenerem – zapewniał. – Nie ma w ogóle o czymś takim mowy. Ale mogę też powiedzieć, że nie odnowiła mi się kontuzja. Najpierw usłyszałem, że nie zagrałbym w meczu z Niemcami, a później lekarz stwierdził, że w kolejnych spotkaniach też nie wystąpię. O tym, że mam wracać zadecydował trener… To wszystko… – więcej komentarzy nie będzie – podsumował największy pechowiec ówczesnej drużyny Leo Beenhakkera.










